Szafa Grająca

czwartek, 06 grudnia 2012
Dzisiaj wpis inny niż zwykle, ale stali czytelnicy wiedzą, że mam większą słabość do muzyki niż do mody. Jest 6 grudnia, mikołajki, tematu Bożego Narodzenia nie da się uniknąć tym bardziej, że wieczorem mój ulubiony Kevin znów będzie sam w Nowym Jorku. Grudzień to czas kiedy nie tylko sprzedawcy w sklepach, ale i piosenkarze (celowo nie używam słowa "artyści" czy "muzycy") wszelkiej maści próbują zarobić na świętach tyle, ile się da. Począwszy od telewizji śniadaniowej po ostatni blok reklamowy wciskają nam słodkie świąteczne opowieści w czapkach mikołajów, gotują, ubierają choinkę, doradzają w sprawach prezentów, śpiewają kolędy w różnych konstelacjach. Nie to jest jednak najgorsze. Największe przeboje przerabiane są na świąteczne piosenki (wystarczy dodać trochę dzwoneczków i bimbomów, a jakieś słowo zastąpić hasłem "christmas" - wiecie, z jakiego to filmu;-)), a świąteczne piosenki na największe przeboje. Słabe to jest straszne, aż zgrzytają zęby i nie ma się co dziwić, że człowiek bez krzty zażenowania wraca do "Last Christmas", które dla mojego pokolenia jest tym, czym dla naszych rodziców "White Christmas". Aż dziwne, że nie powstała jeszcze świąteczna wersja "Ona tańczy dla mnie". No, ale lud przy kiełbasie, żurku, a co ważniejsze sianku, łyknie wszystko, co lansowane jest pod płaszczykiem świątecznej, rodzinnej atmosfery.
sobota, 16 czerwca 2012
wtorek, 04 października 2011
Polskie stacje telewizyjne otwarcie i bez sentymentów spierają się, co niezbędne jest, by pojawiła się nowa gwiazda na scenie muzycznej. A wiecie, co jest najlepsze w tym sporze? Wszystkie trzy mają rację. Żeby zaistniała gwiazda, która porwie tłum, potrzebny jest zarówno "The voice", "Tylko muzyka" i "X-Factor". Te trzy składniki (jak dochodzi czwarty, zwany "Top model" jest jeszcze lepiej, ale im mocniejsze trzy główne, tym mniej niezbędny jest) gwarantują nam pojawienie się kogoś ciekawego, kto nie zniknie po jednym przeboju, który śpiewa cała Polska mimo, że nie rozumie tekstu, po jednej papkowatej płycie, po jednej błyszczącej okładce w "Gali". Brak któregokolwiek z wymienionych składników powoduje, że otrzymujemy popowy fastfood okraszony sosem o smaku r'n'b, rocka, etc., ale z dodatkiem wielu sztucznych, wygenerowanych w studiu "E". Efekty? Nasyci nas, poprawi humor na chwilę, a stępi smak na wiele tygodni, jeśli nie na dłużej. Na muzyczne wzdęcie nie pomoże nawet Dorota Wellman.
sobota, 01 sierpnia 2009
Staram się tonować swoje muzyczne fascynacje i obdarzać Was swoimi przemyśleniami na tematy nie związane z modą tak rzadko, jak się tylko da, ale czasami po prostu muszę, więc z góry przepraszam za niniejszą notkę. Straszne, jak pojawienie się jakiegoś motywu muzycznego w reklamie wypacza nasz odbiór samego kawałka bez otoczki reklamowanego produktu - i nie mówię tylko o banalnych polskich przeróbkach tekstu jak np "tyle sera w całym mieście..." Wczoraj słuchałam sobie chilloutowego kanału w Open.fm (polecam, bardzo przyjemna muzyka), gdy nagle usłyszałam coś znajomego. Oczywiście, najpierw dzwoniło, ale za bardzo nie wiedziałam gdzie, aż utwór doszedł do momentu w którym sama z siebie wyśpiewałam slogan reklamowy pewnej firmy... Przerażające, jak bardzo jesteśmy przeciągnięci muzyką z reklam. Niestety, dla samej muzyki skutek jest gorszy, gdy najpierw słyszymy fragment w reklamie, a potem cały utwór, bo trudno się uwolnić od sloganu wciskanego nam do ucha kilka razy dziennie i zamysł pierwotny autora diabli wzięli. Oczywiście, bywają fajne sposoby wyeksponowania muzyki w reklamach, jak na przykład dwa ostatnie spoty reklamujące nową ramówkę TVN-u (Lenka i Imogen Heap). Jednak w tym wypadku szkoda mi utworu, bo ile razy bym go nie słuchała, przychodzi taka chwila, kiedy struny głosowe same składają się do zaśpiewu:

sobota, 21 marca 2009

Moja ulubiona wiosenna piosenka. Fajne, nie?
środa, 31 grudnia 2008

(Tych, których nie interesuje muzyka i co Kara myśli na jej temat, proszeni są także o zignorowanie tego wpisu)

Część pierwszą tekstu znajdziecie tu

Bo facet musi śpiewać jak facet.

I basta! Why? Not only for money. Od ilu to lat słyszy się o niedoborze w polskiej męskiej wokalistyce? Może receptą jest ogólnonarodowa petycja do Krzysztofa Cugowskiego o więcej dzieci płci męskiej, bo to co ze swoimi strunami wyprawia Piotr C. to prawdziwy majstersztyk i póki co brak mu konkurencji. Mamy też kilku świetnych wokalistów, którzy ostatnimi czasy mają fazę zaniku – Mietek Szcześniak, Kuba Badach, Krzysztof Kiljański. A my wciąż przecież łakniemy pięknych ballad o miłości w męskim wykonaniu albo energetyzujących rockowych kawałków o poranku podnoszących poziom endorfin – Na mnie tak działa chociażby „Fa na na na” Sojki. Tymczasem pojawiają nam się "piosenkarze" (konkretnie "dmuchani piosenkarze plażowi") pokroju Piotra Kupichy, czy Krzysztofa Kasowskiego (Czy ktoś pamięta jego ostatni wybryk pod tytułem „Najpiękniejsza” z samochwalczym tekstem „Ja zostałem gwiazdą R’n B, choć w klasie nie postawiłby na to nikt" (ktos tu ma niewyleczone kompleksy).


(Tych, których nie interesuje muzyka i co Kara myśli na jej temat, proszeni są o zignorowanie wpisu)

Nie podsumuję wszystkiego, bo tego typu bilanse znajdziecie właściwie na każdym szanującym się portalu internetowym. Pozwolę więc sobie zacząć od tego, że w dwóch największych rozgłośniach radiowych w Polsce toczą się , a właściwie są już na ostatniej prostej plebiscyty na przebój roku. Szczerze powiedziawszy nie widzę sensu tego typu festiwalów w sytuacji, gdy o tytule zwycięzcy decydują głosy SMS-owe, czy internetowe. Oba sposoby są zdecydowanie mało miarodajne (vide: sytuacja z Opola i kontrowersyjna nagroda dla Natalii Lesz). Gdyby brać pod uwagę ratingi radiowe (częstość grania poszczególnych kawałków), to co innego. A w ogóle to były kiedyś takie czasy - doskonale je pamiętam, choć brak mi siwych włosów - gdy pod koniec grudnia na antenie radiowej każdej szanującej sie rozgłośni emitowano podsumowanie notowań listy przebojów z wszystkich tygodni danego roku. Było to o wiele bardziej miarodajne niż Internet i SMS-y, tym bardziej, że były to czasy, gdy na ukochany zespół, czy piosenkę, moi kochani, głosowało się na kartkach pocztowych (!!!) albo telefonicznie. Krótko pracowałam w lokalnym radiu i odbierałam telefony od głosujących - wiem, o czym mówię. Dziś prawdizwych fanów już nie ma, rzeczywistość ich rozleniwiła do szpiku kości... Przyznam się, bo to było dawno i chyba się przedawniło, że podczas tego mojego odbierania głosów zdarzało mi się dorysowywać kreseczki przy piosenkach ukochanych wykonawców.

 
1 , 2
Tagi

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Napisz do Kary

Google

Reklama:

FPFWP